Pani Bogumiła Leśniak (Cielińska)

Pani Bogumiła Leśniak (Cielińska) – nauczycielka matematyki

Wspomnienia z czasów pracy w Szkole Podstawowej nr 2

im. Bohaterów Westerplatte w Myślenicach

1.

Wiele różnych wydarzeń przeżyłam w czasie swojej pracy w Szkole Podstawowej nr 2 im. Bohaterów Westerplatte w Myślenicach, w której pracowałam od chwili jej wybudowania aż do czasu, gdy przeszłam na emeryturę. Wymienię teraz kilka z nich.

Bardzo nietypowe wydarzenie miało miejsce w roku szkolnym 1969. Moja klasa VIII wraz z innymi klasami ósmymi opuszczała mury szkoły i przygotowywała się do komersu  w ostatnim dniu ich pobytu w szkole. Do dziś nie wiem, z jakich powodów dyrektor szkoły nie zezwolił na komers mojej klasy, dlatego rozeszła się do innych szkół bez specjalnego pożegnania. Delegacja tej klasy co roku odwiedzała mnie w dniu imienin. Gdy byli już  w maturalnych klasach, też przyszli do mnie z życzeniami, ale równocześnie też z prośbą. Otóż prosili mnie, abym załatwiła im zgodę dyrekcji szkoły, by mogli sobie w jej murach urządzić zaległy komers w składzie dawnej ósmej klasy. Wtedy był kwiecień. Zaskoczona niebywałą prośbą naturalnie zwróciłam się do dyrekcji szkoły o zezwolenie na to spotkanie  i zgodę otrzymałam. Komers odbył się w maju, w okresie wolnym od zajęć, przed maturami w szkołach średnich.

To była tak zgrana klasa, że mimo iż uczyli się w różnych szkołach i w różnych miejscowościach, – na komers przybyli prawie w komplecie. To niecodzienne spotkanie koleżanek i kolegów odbyło się  w naszej świetlicy szkolnej, gdzie mogli też skorzystać   z zaplecza kuchennego.

Nastrój spotkania był radosny i niezapomniany.

2.

W naszej szkole był zwyczaj odbywania co jakiś czas apelów, które miała przygotować coraz to inna klasa. Tematem apelów były zwykle rocznice szkolne, państwowe lub inne okolicznościowe imprezy.

Apel naszej klasy wypadł w czasie wolnym od wymienionych wydarzeń. Wymyśliliśmy wtedy, że przygotujemy po raz pierwszy apel z okazji „Dnia Chłopaka”. Apel ten wypadł nam wspaniale. Ogół obecnych był zaskoczony jego przebiegiem, a dzieci naszej klasy były dumne, bo wszyscy patrzyli na nich z podziwem

3.

Do bardzo miłych wydarzeń w mojej pracy zaliczam pożegnanie grona, koleżanek   i kolegów oraz całej szkoły przez jedną z moich ósmych klas, a było ich wiele. Młodzież kończyła klasę ósmą w roku 1977. Imprezę na zakończenie roku szkolnego miała przygotować nasza klasa. Naturalnie oprócz normalnego pożegnania dyrekcji, grona nauczycielskiego i młodszych koleżanek i kolegów, należało jeszcze to pożegnanie jakoś urozmaicić. Zastanawialiśmy się, co zrobić. Ktoś poddał projekt, aby wybrać klucz jako symbol wiedzy. Bardzo nam się ten projekt spodobał. Wybrałam więc grono uczniów, którzy mieli sobie sporządzić klucz, każdy oddzielnie i według swego uznania, a pokazując wszystkim ten klucz powiedzieć, jaki rodzaj wiedzy czy innych wartości chce tym kluczem otworzyć w swoim dalszym życiu, a także dlaczego. Pozostali uczniowie przybrali salę gimnastyczną innymi różnymi kluczami.

Wypowiedzi uczniów mających w ręku klucze były bardzo ciekawe, ale ja wspomnę tylko dwie. Otóż jeden z uczniów powiedział, że pragnie, aby ten klucz otworzył mu dostęp na medycynę, i pięknie wymienił powody. Jedna znów z uczennic chciała swoim kluczem otworzyć nowe, wygodne mieszkanie, bo mieszkała wtedy w trudnych warunkach.  Moje zdumienie było wielkie, gdy po pewnym czasie rodzice tej dziewczynki postarali się   o mieszkanie zgodne z ich potrzebami, a wymieniony wcześniej uczeń skończył medycynę   i jest wspaniałym lekarzem.

W dniu zakończenia szkoły w godzinach popołudniowych wszystkie te klasy ósme miały komers. Ze względów organizacyjnych każda klasa miała posiłki przygotowane przez rodziców w swojej sali lekcyjnej, a zabawa ogólna była na sali gimnastycznej. Pan dyrektor przechodził więc od klasy do klasy, by spotkać się z rodzicami. Gdy przyszedł do naszej klasy i usiadł za stołem, zwrócił się w mojej obecności do rodziców w następującym zdaniem:  „Ale ta pani – tu wymienił nazwisko nauczycielki, która też miała w tym roku klasę VIII – wspaniale dzisiaj przygotowała zakończenie roku szkolnego. Dzieci pięknie żegnały grono nauczycielskie i pozostałą młodzież szkoły, ale najciekawszy był fragment z kluczami”.

Moi rodzice mocno zdziwieni i zaskoczeni sprostowali, że całą uroczystość przygotowała ich klasa ze mną, ich wychowawczynią. Niedowierzającego spojrzenia, jakie wtedy dyrektor rzucił w moim kierunku, nigdy nie zapomnę.

4.

Ciekawe i niezapomniane wydarzenie przeżyłam właśnie z wyżej wymienioną klasą, ale już po 29 latach od ukończenia przez nich naszej szkoły. Otóż delegacja tej klasy przyszła do mnie z zaproszeniem na ich spotkanie w takim składzie, w jakim kończyli VIII klasę, i podali datę spotkania. Prosili mnie jednak, abym postarała się dla nich  o listę uczniów ich klasy VIII, bo już po 29 latach nie pamiętają wszystkich nazwisk. Ja takiego wykazu nie miałam, ale poprosiłam dyrekcję szkoły o udostępnienie mi listy tych uczniów. Bardzo uczynna pani sekretarka zrobiła mi odbitkę ksero z odpowiedniej stronicy dziennika lekcyjnego tej VIII klasy. Spotkanie odbyło się w restauracji Ambasador za Zarabiu i byli   na nim prawie wszyscy. Moi wychowankowie wstawili się więc w komplecie.

Zebranie otworzył przewodniczący Rady Klasowej – Kaziu Panuś i przywitał serdecznie przybyłych. Potem każdy uczestnik podzielił się kolejami swego losu z zebranymi. Wreszcie nadszedł czas na wspomnienia o latach szkolnych, a wspomnień tych było bardzo wiele. Duszą towarzystwa była Dorotka Ruśkowska. Pożegnaniom nie było końca, tak trudno było się wszystkim rozstać.

Ciekawe dla mnie było to, że ta klasa jako V była zlepkiem uczniów przybyłych  do naszej szkoły po IV klasie z Dolnego Przedmieścia i z Zarabia.

Przez te cztery lata pobytu w naszej szkole tak się ze sobą zżyli, tak się w tej szkole dobrze czuli, że po tych 29 latach od jej ukończenia chcieli się spotkać w dawnym składzie.

5.

Oprócz radosnych i miłych chwil w czasie mojej pracy w tej szkole przeżyłam też tragiczną. Był rok 1962. Miałam wtedy wychowawstwo w klasie piątej, a klas piątych było wtedy kilka. Po około miesiącu od rozpoczęcia roku szkolnego wyszło zarządzenie, aby z wszystkich klas piątych wybrać uczniów, którzy mają kłopoty w nauce, i z tych uczniów stworzyć „klasę specjalną”. Wychowawstwo tej klasy przydzielono mnie z polecenia dyrekcji, a pozostałych uczniów z dawnej mojej klasy rozdzielono do innych klas. Moja nowa klasa była mniej liczna, by łatwiej było można dotrzeć do każdego dziecka.

Dzieci tej klasy były zmartwione i zdawały sobie sprawę, co ich spotkało. Ja ich jednak na wstępie pocieszyłam mówiąc, że chociaż teraz nie jesteśmy jeszcze w stanie rywalizować w wynikach nauczania z innymi klasami, to możemy być najlepsi w innych dziedzinach. W szkole były w tych czasach organizowane różne konkursy np.   „na najczyściejszą klasę”, „na ilość zebranych surowców wtórnych” itp. Okazała się, że nasza klasa była w tych pracach w czołówce szkoły. Zachęceni tym powodzeniem powoli wciągali się do nauki, tak że niektórzy po ukończeniu naszej szkoły dostali się do szkół licealnych,  a inni do szkół zawodowych. Klasa była miła i chętna do różnorakich działań. Jednak jedna  ze starszych nauczycielek, która uczyła też w tej klasie, zawsze, gdy miała iść tam na zajęcia, mówiła: „Teraz idę, niestety, do tej klasy obwiesiów”. To określenie odnoszące się do mojej klasy bardzo mnie bolało, jednak ze względu na różnicę wieku między mną a nią nic się nie odzywałam. Ku mojej zgrozie i całej szkoły pewnego dnia dowiedziałam się, że uczeń z tej klasy powiesił się w domu ze względu na jakieś trudne sytuacje rodzinne. Naturalnie cała nasza klasa była na jego pogrzebie i serdecznie go żałowała.

Po tej tragedii poprosiłam wspomnianą Panią, by nigdy więcej nie używała określenia „klasa obwiesiów” w stosunku do mojej klasy.

Tak jak w życiu bywają miłe, radosne, śmieszne, czy tragiczne chwile, takie właśnie ja przeżyłam podczas swojej pracy w tej szkole.