Mgr Halina Starzec

Mgr Halina Starzec- nauczycielka geografii i przyrody, obecny dyrektor szkoły

WSPOMNIENIA TURYSTYCZNO-WYCIECZKOWE.

„Bo ja mam tylko jeden świat,
Słońce, góry, pole, wiatr,
I nic mnie więcej nie obchodzi,
Bom turystą się urodził.”

Geograf lubi wycieczki. Ba! Wędrówki i poznawanie poprzez nie otaczającego świata to istotny element tej dziedziny nauki, którą reprezentuję i którą najzwyczajniej  w świecie lubię.  Zainteresowanie uczniów turystyką to było moje nauczycielskie zadanie. Przez siedemnaście lat, od początku swojej pracy prowadziłam w Szkole Podstawowej nr 2 w Myślenicach Szkolny Klub Krajoznawczo-Turystyczny. Były wycieczki, zloty, konkursy, wędrowne obozy i inne jeszcze imprezy służące poznawaniu najbliższej okolicy oraz całej Małopolski. Wszystko, co robię, staram się wykonywać jak najlepiej, dlatego też swoją wiedzę geograficzną wzbogaciłam poprzez uzyskanie uprawnień przewodnickich i jako przewodnik terenowy prowadziłam wiele wycieczek szkolnych. Z czasu mojej  intensywnej turystyki wspomnień mam wiele   i myślę, że także moi uczniowie czasem do tych miłych chwil wracają pamięcią, podobnie jak i ja.

TO BYŁA TRASA

Działalność SKKT to w znacznej mierze wycieczki. Początkowo, gdy jeszcze sobota była dniem normalnej nauki, takie wycieczki odbywaliśmy w niedzielę.  Na  jedną  z wiosennych niedziel w 1979r. zaplanowaliśmy trasę przez Beskid Makowski  i Wyspowy. Pogoda była piękna, a my poprzez Zamczysko, Uklejnę, Lubomir i Wierzbanowską Górę dotarliśmy do Kasiny Wielkiej. Czerwony szlak zachęcał do dalszej wędrówki. Ambitna grupa już się widziała na szczycie Lubogoszczy, z której moglibyśmy zejść do Mszany Dolnej. Przeważył rozsądek osoby nieco w wędrówkach zaprawionej i z tejże Kasiny pociągiem dotarliśmy do Mszany, a następnie autobusem PKS do Myślenic. Lubogoszcz pozostała do zdobycia w czasie innej wycieczki.

Wspominając to wydarzenie, zastanawiam się, czy obecnie nasi uczniowie, którzy do szkoły są przywożeni przez rodziców, o mało co pod same jej drzwi, mieliby tyle samozaparcia i chęci do pieszej wędrówki po górach. Wycieczka na Mikołaja to już eskapada, a co dopiero całe pasmo Lubomira w kilka niedzielnych godzin.

Mam nadzieję, że dla tej jednej z moich pierwszych wycieczkowych grup  wędrowanie jest  nie tylko miłym wspomnieniem, ale i dobrym sposobem weekendowego relaksu.

CÓŻ TO ZA ROŚLINA?

Dobrą tradycją myślenickiego oddziału PTTK było organizowanie wycieczek autokarowo-pieszych, dzięki którym poznawaliśmy Małopolskę i jej atrakcje krajoznawcze. Jedną z takich wycieczek był wczesnowiosenny wyjazd do Czernej  k. Krzeszowic  i dolinek podkrakowskich.

Klasztor w Czernej to klasztor karmelitów bosych,  w centrum którego znajduje się kościół. Do zabudowań przylega cmentarz. Kompleks znajduje się w Dolinie Eliaszówki i niemal z wszystkich stron otacza go leśny rezerwat przyrody Dolina Eliaszówki. Usytuowany jest na stoku wzgórza o wysokości 430 m n.p.m., porośniętego lasem, który skrywa pozostałości po dawnych zabudowaniach klasztornych.

Ten wstęp jest istotny, gdyż to wspomnienie dotyczy właśnie roślinności na tym terenie.

Po zwiedzeniu kościoła i terenu przyklasztornego spacerowaliśmy po pięknym, budzącym się do życia bukowym lesie. Jeden z uczniów, Jasiek S., wskazał na niewielką  roślinkę, która jako jedna z nielicznych  już zakwitła. Zwrócił się do mnie z pytaniem: „Jak się ta roślina nazywa?”. Powinnam wiedzieć, ale jak to zwykle bywa, wyrwany do odpowiedzi zapomina najczęściej rzeczy dobrze mu  znanych. A Jasiek zaskoczony od razu pospieszył z odpowiednią podpowiedzią: „Przecież to stulejka krwista!” Chwila zastanowienia i wszyscy wybuchamy śmiechem. Nasz kolega jest znany ze swojego żartobliwego usposobienia i zaskakujących pomysłów.

Tą rośliną był kwitnący w kwietniu żywiec. Nazwę zapamiętałam tak dobrze, że wyrwana do odpowiedzi na powyższy temat nie mam już wątpliwości, jak się ta roślina nazywa.

Poniższa fotografia niech będzie dowodem na to, że nadana roślinie „nazwa własna” była bardzo trafna.

DESZCZOWE GORCE 1

Edukacja przewodnicka nie tylko dała mi cenną wiedzę, ale także zaowocowała w  przyjaźnie, dzięki którym możliwe było zorganizowanie niektórych wycieczek. Jedna z przewodniczek Gorczańskiego Parku Narodowego zaproponowała nam wycieczkę na Turbacz i zaofiarowała się zamówić noclegi    w schronisku oraz poprowadzić nas na Turbacz.

Do Koninek dotarliśmy autobusem kursowym PKS, a następnie w towarzystwie  Zosi G. i jednego z leśników  GPN niebieskim szlakiem, przez Hucisko i Czoło Turbacza, pnąc się dość stromo przez świerkowy las, dobrnęliśmy na Turbacz. Dobrnęliśmy, bo to nie była przyjemna wycieczka z pięknymi widokami, ale mordercze podejście w ulewnym deszczu. Aura nie rozpieszczała nas  i w dalszej części wycieczki. Nawet spacery po pobliskiej Hali Długiej były wędrówką w mżawce lub szukaniem schronienia w pasterskich bacówkach. Także zejście z Turbacza do Nowego Targu odbyło się w deszczu  i gęstej mgle.

W Nowym Targu nie czekał na nas wygodny autokar wycieczkowy, lecz musieliśmy się zdać na przychylny los i życzliwość kierowców autobusów. I tak też nad ubłoconym i mokrymi turystami ulitował się jeden z nich i dosłownie nas upchnął w swoim pojeździe. Powitani zostaliśmy nieprzychylnymi spojrzeniami wyfiokowanych paniuś, które oczywiście wracały do Krakowa „umęczone”…  spacerami po Krupówkach (wynikało to z ich opowieści, którymi dzieliły się dość głośno z innymi pasażerami).

Dotarliśmy do Myślenic zmęczeni i zziębnięci, ale następnego dnia wszyscy, z wyjątkiem jednej osoby ( niestety rozwinęła się wcześniej sygnalizowana angina), przyszli do szkoły.

DESZCZOWE GORCE 2

Na przełomie czerwca i lipca 1989r. nasi uczniowie mieli okazję uczestniczyć w obozie wędrownym w Gorcach i Pieninach. Obóz organizował Klub Turystki Górskiej, moja koleżanka Maria S. była kierownikiem, a ja (po raz pierwszy w takiej roli)  pełniłam funkcję przewodnika.

Początek tego obozu był mocno deszczowy. Dodatkowo gnębiły nas ciągłe burze. Ale jak to bywa na wędrownym obozie, to nie pogoda decyduje o zmianie miejsca na wyznaczonej trasie, lecz wcześniej uzgodnione noclegi i zamówione posiłki. No i oczywiście – bez względu na aurę – wędruje się cały czas.

Kolejna zmiana bazy. Żegnamy Rabkę i przenosimy się na Stare Wierchy. To już schronisko górskie z wszelkimi tego skutkami. Widoki mogą być piękne, ale by je podziwiać, należy ciężki plecak na własnym grzbiecie dotaszczyć w to urokliwe miejsce.

Św. Piotr i Paweł w tym roku płakali, a płakali. Deszczowe strugi wlewały się wręcz za kołnierze naszych kurtek. I chociaż wybraliśmy maksymalnie łatwą trasę, to i tak brnięcie w błocie  i strugach ulewnego deszczu z łatwością nic nie miało wspólnego. Dziewczęta podśpiewywały naszą  ulubioną piosenkę: „Co nas znowu podkusiło, tak nam dobrze w domu było”. Odpowiedzią zapewne była tęsknota za przygodą i chęć sprawdzenia się na trudnej górskiej trasie. Dotarliśmy dzielnie na Stare Wierchy.  A później – suche rzeczy, gorąca herbata, aspiryna i gitara. Tu także młodzi adepci turystyki dostali odpowiedź na pytanie: „Do czego turyście służą gazety, dużo, dużo gazet?” Oczywiście, że nie do czytania, tylko do upychania ich  w przemoczonych butach, by lepiej wyschły.

W Gorcach bywaliśmy wiele razy i w różnych porach roku. Było wiele  wycieczek przy pięknej  i słonecznej pogodzie. Jednak najlepiej zapamiętane zostały te, które wymagały wysiłku i pewnych wyrzeczeń. Ale góry mają to do siebie, że albo się je lubi bez względu na pogodę lub też  przy najmniejszym załamaniu pogodowym rezygnuje się z ich uroku.

NAJLEPSZE MIEJSCE NA PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE Z WYCIECZKI.

Wycieczka  na Kudłacze należała do stałego harmonogramu wycieczek przez kolejne lata, oczywiście od momentu, gdy pobudowano tam schronisko PTTK. Wcześniej bacówka, a później schronisko   na Kudłaczach, które  położone jest na wysokości 820 m n.p.m., w paśmie Lubomira i Łysiny, około 8 km (w linii prostej) na południowy wschód od Myślenic, zawsze było dla nas gościnne. Tam nie tylko odbywały się zloty oddziału myślenickiego PTTK, ale często i różnymi trasami tam docieraliśmy.

Wydarzenie, które utkwiło mi w pamięci dotyczy czasu, gdy gospodarzem schroniska był jeden  z byłych uczniów szkoły, wtedy student. Wymyślił on bowiem sposób na uatrakcyjnienie obejścia obiektu, którym mu przyszło się opiekować. Mianowicie na drewnianej strzałce, wskazującej kierunek do tzw. „ustronnego miejsca”, wpisał słowo „Srajnik”. Tak oto przyczynił się do rozwijania słownictwa,   a ponadto napis ten wzbudził duże zainteresowanie  młodych turystów. Koniecznie każdy chciał mieć pamiątkowe zdjęcie tuż przy tejże strzałce i koniecznie z dobrze widniejącym na niej napisem. Takie też pamiątkowe zdjęcie zachowałam w moich zbiorach.

zdjęcie

Często wspominam te tak liczne wycieczki, zarówno piesze, jak i autokarowe. Dzięki nim wielu uczniów naszej szkoły poznało tyle atrakcyjnych miejsc w Polsce  i pogłębiło swoją wiedzę geograficzną, historyczną i regionalną. Wielu do tej pory zapewne przechowuje zdobyte odznaki, a w szkolnych zbiorach mam menażkę wygraną w jakimś konkursie. Do dzisiejszego dnia pozostał mi sentyment do turystyki. Wszyscy nauczyciele wiedzą też, że jeśli organizują wycieczkę, to ja zawsze życzliwie wspieram takie inicjatywy.

Z turystycznym pozdrowieniem

„Wspomnienie jest formą spotkania.”

Khalil Gibran