Mgr Władysława Piszczek

Mgr Władysława Piszczek – nauczycielka wychowania fizycznego  i wieloletni opiekun drużyn harcerskich jako szczepowa.

Moje wybrane wspomnienia

PIERWSZY  DZIEŃ  PRACY. Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego udałam się do Szkoły Podstawowej nr1, aby wziąć udział w Radzie Pedagogicznej. Powitano mnie w sposób okropny.

– Co pani tu robi? My nie potrzebujemy nauczyciela wf.! – powiedziała do mnie pani kierowniczka Bednarska.

Po zakończeniu rady, ze łzami w oczach, udałam się do Wydziału Oświaty, aby zakomunikować, że w szkole, z której właśnie wracam, nie ma dla mnie miejsca. I oto widzę, że na korytarzu spaceruje,  a raczej biega i krzyczy, przystojny, szpakowaty pan Miodoński.

– Gdzie jest ten nauczyciel wf.,  którego miałem mieć?! – pyta z irytacją.

Na te słowa słyszę głos inspektora szkolnego, p. Burkowicz:

– Czy zechce pani pójść do szkoły tego pana?

Szczęśliwa jak nigdy, odpowiadam z entuzjazmem, że tak. Jeszcze tego samego dnia, tylko po południu, udałam się do Szkoły Podstawowej nr 2, na Radę Pedagogiczną. Tym razem byłam osobą mile widzianą  i serdecznie powitaną.

W tym dniu rozpoczęłam również działalność  w organizacji harcerskiej. Kierownik nikogo nie mógł zwerbować do pracy z drużyną, a ponieważ ja w rozmowie z nim wyraziłam chęć sprawowania opieki nad harcerzami, stałam się w jednej chwili drużynową i byłam nią aż do momentu przejścia  do Wydziału Oświaty , gdzie miałam pełnić funkcję podinspektora ds. sportu i wychowania.

Niestety, w okresie trwania mojej emerytury następuje kryzys w harcerstwie, ponieważ zostają zlikwidowane drużyny klasowe, które prowadzili wychowawcy. Znowu mobilizuję siły i wspólnie z córką Violettą oraz Tadeuszem Widomskim tworzymy szczep. Powstaje kilka drużyn prowadzonych przez młodzież LO. Niestety stwierdzam, że działalność ta jest ponad moje siły. Oddaję szczep w ręce pani Beaty Chrapek.

*

PIERWSZY ROK. Oprócz wf. przydzielono mi naukę biologii w klasie V i śpiew   w dwóch najstarszych klasach. Jak się później okazało, klasy te były bardzo trudne i wszystkim znane, tylko nie mnie. Miałam z nimi na śpiewie ciężką przeprawę. Jeden z wielu mniej lub bardziej „miłych” incydentów miał miejsce w sali p. Burzowiczowej, która  w tamtym czasie prowadziła kiosk. W klasie stał duży kosz  na bułki. Wchodzę do  sali, sprawdzam obecność i widzę, że  wśród uczniów dzieje się coś dziwnego. Niby słyszę powtarzane raz po raz słowa: obecny, obecna, obecny, obecny …, ale do moich uszu dociera jednocześnie jakiś dziwny szum i śmiech. Od razu zorientowałam się, że uczniowie kłamią, potwierdzając obecność tych, których  w klasie nie ma . Podniosłam się i zobaczyłam, że kosz … się rusza. Po sprawdzeniu jego zawartości okazało się, że wewnątrz niego siedzi, a właściwie leży jakiś   uczeń. Zdenerwowana wpadam do kancelarii i mówię kierownikowi, że ja w tej klasie nie będę dłużej uczyć. W paru zdaniach zdałam też relację z ostatniego wyczynu klasowych drabów. Kierownik, nie namyślając się wiele, wpada do klasy i mówi:

–  Dwie godziny kozy, a pani z nimi!

–  O, nie ! – odpowiadam.

– W takim razie ja zostaję  z nimi na dwie godziny … chemii! – zamknął sprawę kierownik.

*

A biologię przeżyłam tak, że trudno o niej zapomnieć. Ponieważ nie byłam w tym przedmiocie mocna, dokładnie się przygotowywałam do zajęć i nie wyobrażałam sobie, aby ktoś z kierownictwa szkoły mógł zastać mnie  nieprzygotowaną do lekcji. W tej kwestii wykazywałam godną podziwu ambicję. Pewnego dnia w pokoju nauczycielskim zapanowało niezwykłe ożywienie. W jednej chwili zrobiło się głośno. Jak się okazało, rozpoczęła się wizytacja. Przybyli do nas przedstawiciele Ministerstwa Oświaty oraz  Kuratorium Oświaty   i Wychowania, żeby sprawdzić, w jaki sposób i z jakim skutkiem wdrażamy nowe programy w zakresie nauczania biologii. Pomyślałam sobie, że do mnie kierownik ich nie przyprowadzi, bo w szkole jest specjalista od nauczania biologii, pani Ćwierzyk. Tuż po dzwonku zabrałam więc dziennik i pomoce naukowe (lupy, ziemię- temat lekcji przewidywał badanie gleby). Wchodząc do klasy, zorientowałam się, że za mną podąża grupa piętnastu może osób. Nogi się pode mną ugięły. Lekcja przebiegała jednak sprawnie, zgodnie z planem,   a uczniowie byli aktywni. Tylko moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa i drgały  – na przekór wszystkiemu – niczym sprężyna. W pewnym momencie, pod koniec lekcji, wszyscy wychodzą, a ja siadam na krześle . Na przerwie przychodzi do mnie kierownik   i krzyczy: „A co ty wyprawiałaś z nogami?! A tak ładnie przygotowałaś lekcję!”

*

W drugim roku pracy dostałam w przydziale wf.  w klasach V – VIII (dziewczęta) oraz SKS. Podjęłam decyzję, aby wprowadzić na zajęciach obowiązkowy, jednolity strój gimnastyczny oraz wyeliminować nagminne zwolnienia z wf. Były to ambitne założenia. Po wielu stoczonych „walkach” z dziećmi i ich rodzicami cel został osiągnięty. Uczniowie ćwiczyli w białych bluzeczkach oraz czarnych lub granatowych spodenkach. Po kilku latach nie było już siedzących na ławeczkach nie ćwiczących. Stałam się w tej kwestii nieubłagana, a nawet dla niektórych przykra. Zdarzało się, że i  nauczyciele zastanawiali się , czego  ja właściwie wymagam. Po dwóch latach moich zmagań przyszedł nauczyciel wf  do prowadzenia zajęć z chłopcami, pan T. Szlachetka. Było mi już raźniej, bo i on dojrzał  do realizowania tego samego zadania.  Prowadziliśmy SKS – y, na których przygotowywaliśmy uczniów do udziału w zawodach powiatowych – w piłce ręcznej, piłce nożnej i lekkiej atletyce. Po zawodach przynosiliśmy dyplomy, które oprawiał pan Bicz na zajęciach technicznych, i puchary, które zabierał kierownik do siebie, gdzie eksponował  je w   specjalnie przygotowanej na ten cel gablocie. Po kilku latach dyplomów uzbierało się tak dużo, że nie było ich gdzie wieszać. Oprócz zawodów powiatowych organizowano  zawody wojewódzkie, w których również braliśmy udział. Były to rozgrywki w piłce ręcznej i siatkowej. Dziewczęta zdobyły I miejsce w wojewódzkich eliminacjach piłki siatkowej  i dzięki tej lokacie mogły ubiegać się o zwycięstwo w rozgrywkach Strefowych Mistrzostw Polski. Właśnie na tej sportowej imprezie osiągnęłam swój życiowy sukces. Moje podopieczne wywalczyły I miejsce! Ja i moje dziewczęta odczułyśmy ogromną satysfakcję. Ogarnęła nas radość. Puchar i dyplom wręczyłyśmy panu Szczepaniakowi. To był ostatni, tak udany sezon przed moim przejściem na emeryturę.

*

Nie sposób pominąć tu kwestii dotyczącej wdrażania nowego programu z wychowania fizycznego i związanych z tym zadaniem działań. Dotyczyły one obszaru całego województwa. Zmiany wprowadzałam ja wraz z jedną jeszcze koleżanką z Krakowa.  Był to okres bardzo dużego wysiłku. Prowadzony eksperyment zmuszał nas do częstych wyjazdów na kursokonferencje oraz przygotowywania lekcji pokazowych dla nauczycieli z terenu powiatu, przedstawicieli Ministerstwa Oświaty czy kuratoryjnych wizytatorów. Zdarzało się, ze pani wizytator hospitowała od 1-7 lekcji. To koszmar mieć kogoś obcego w jednym dniu tak długo. Pomysły na lekcje miałam ciekawe i atrakcyjne – z tym nie było trudności – ale napięcie emocjonalne rosło z lekcji na lekcję, gdy tylko uczestniczyła w nich pani wizytator.

*

Pamiętam dokładnie rok przed nadaniem szkole imienia. Wysiłek włożony przez kierownictwo szkoły, Komitet Rodzicielski, nauczycieli i wychowawców był imponujący. Podjęto wtedy różnorakie działania. Pan Brzeziński napisał hymn i skomponował do niego muzykę. Nauczyciele na godzinach wychowawczych uczyli swych podopiecznych słów (tekstu) oraz śpiewu nowo powstałego hymnu oraz Międzynarodówki. Ja przygotowywałam pokaz gimnastyczny. Klasy dostały w przydziale rabatki, które należało zagospodarować. Sadzono krzewy ozdobne i kwiaty. Po zakończeniu tych prac przed szkołą roztaczał się widok na wspaniały ogród.

*

Miłe wspomnienia

Rodzice organizowali dla grona wspaniale bale z okazji Dnia Nauczyciela, na które przychodzili również nauczyciele z pozostałych szkół myślenickich. Urządzano też doskonałe sylwestry z udziałem nauczycieli i rodziców.